Overblog
Editer l'article Suivre ce blog Administration + Créer mon blog
Rodzicielska Biblioteczka Laicka

Marta i chrzest

Marta i chrzest

Z okazji Dnia Dziecka najlepsze zyczenia dla Dzieci Malych i Duzych. I maly prezent do czytania i sciagniecia w pliku word. :-) Wszystkie prawa zastrzezone. Powitajcie Marte !


MARTA I CHRZEST


MARTA I CHRZEST
- Mamusiu, mamusiu! – wołała podekscytowana Marta od samych drzwi i, puściwszy rękę taty, wbiegła do dużego pokoju, gdzie mama wygrzewała się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty. – Mamusiu, jesteśmy zaproszeni!
- A dokąd? – wychrypiała mama, której głos został najwyraźniej poprzedniego dnia na bardzo ważnej i skomplikowanej konferencji, która trwała zdecydowanie za długo.
- Jesteśmy zaproszeni na… CHRZĘST! – oświadczyła uroczyście Marta.
Mama, pomimo piekącego bólu gardła nie mogła powstrzymać głośnego parsknięcia śmiechem.
- A kogo będziemy chrzęścić? – zapytała, mrugając do taty ponad głową córeczki.
- Chrzęszczą to chrząszcze. I szczebrzeszą. – Odpowiedziała całkiem poważnie Marta, wywołując u mamy nową salwę śmiechu i kaszlu. – My zostaliśmy zaproszeni na chrzęst…
- Wyduś wreszcie, do kogo – przerwała jej mama, z rozbawionym wyrazem twarzy.
- Do cioci Małgosi. Będą… chrzęś…, no… tego…- Marta nie była już całkiem pewna, jaki czasownik należy ułożyć od słowa „chrzęst” – No… tego, no, synek cioci Małgosi będzie chrzę…. Chrzęstowany – zdecydowała się wreszcie.
- Pfff – prychnęła mama i znów spojrzała wymownie na tatę ponad głową Marty. – I co ty na to, Łukasz? Chrzęścimy, czy nie?
Za całą odpowiedź teraz dla odmiany tata wybuchnął gromkim śmiechem. Na szczęście w międzyczasie Marta poczuła ogromną potrzebę udania się do toalety, bo chyba by się w końcu za te śmiechy obraziła.

Marta przebudziła się późno, była już noc i zaczęła znów rozmyślać o chrzcie synka cioci Małgosi. Już wiedziała, że jest „chrzest”, a nie „chrzęst”. Kiedy zapytała rodziców, co to takiego, tata wyjaśnił, że chrzest, to ceremonia nadania imienia. Marta dobrze pamiętała opowieść tatusia o tym, jak to zaraz po urodzeniu się jej, Marty, musiał biec do urzędu stanu cywilnego, żeby ją zarejestrować i w związku z tym dostał chyba nawet wolny dzień w pracy, czy coś takiego. No ale co? Oni teraz pójdą wszyscy, znaczy wszyscy zaproszeni tym eleganckim niebieskim zaproszeniem, pójdą razem z ciocią Małgosią i wujkiem Zbyszkiem do urzędu, żeby zarejestrować małego Maciusia? No i gdzie oni się tam pomieszczą? Marta była kiedyś z mamą w urzędzie i wie, jak tam jest mało miejsca. Jedna pani, to ją prawie nawet wypchnęła! No i przecież tatuś rejestrował ją zaraz po urodzeniu, a Maciuś ma już dwa miesiące… Zaraz, to znaczy, że mamy nie było przy tym rejestrowaniu, bo leżała jeszcze z Martą w szpitalu… No to jak to będzie? Dokąd oni mają pójść? I kto tam będzie? A może rodzice Maciusia się spóźnili z tym imieniem, z jakichś ważnych powodów? Już byłaby zasnęła, gdy nagle usłyszała rozmowę rodziców w kuchni.


- … no i beret mnie to obchodzi – mówił z flegmatycznym przekonaniem tata.
- Chyba becik – parsknęła śmiechem mama, której najwyraźniej jedynym zajęciem, z powodu problemów z głosem, było dzisiaj parskanie śmiechem. To powiedzenie z beretem wymyślił tata, kiedy wrócił z Francji, w której nie widział ani jednego Francuza w berecie, wbrew temu, co mu pokazywali w dzieciństwie na obrazkach. – A wiesz, co mówi twoja mama? – wychrypiała. – Że rodzinę bierze się z całym dobrodziejstwem inwentarza.
- To niech ona mnie weźmie z moim dobrodziejstwem inwentarza. Mogę przecież chyba dać siostrzeńcowi prezent z okazji przyjścia na świat bez włóczenia się po kościołach, nie?
- Możesz. – Przytaknęła mama z przekonaniem. – Mi tam wszystko jedno.
- Podsumujmy, zatem, po rodzinnym głosowaniu, wypada, że nie idziemy na chrzest.
„Rodzinnym?! – oburzyła się Marta pod swoją kołdrą - a ja, to pies, nie rodzina?!” Sama nie wiedziała, czy chce iść na ten chrzest, czy nie. Ze słów taty domyśliła się, że ma miejsce w kościele. W kościele była już raz z babcią i pamięta, że potwornie tam zmarzła w nogi. „Aha – pomyślała, jeśli pójdziemy, tu już wiem, jaki prezent zrobię Maciusiowi.”


- A Marta? – zainteresowała się również mama – nie spytamy jej o zdanie? Może byłaby ciekawa?
- Czego? Patrzenia, jak jej kuzyn wstępuje do kościoła, do którego ona nie należy?
- Wiesz – zamyśliła się mama – a może właśnie to jest dobry pomysł. Wtedy łatwiej będzie nam wytłumaczyć jej, dlaczego ona nie była chrzczona. A zapyta na pewno.
„Ha! No właśnie! Nie byłam chrzczona – filozofowała dalej pod kołdrą Marta – faktycznie, w domu pełno jest zdjęć, jak byłam dzidzią, przy piersi mamy, na rękach taty, w chuście babci, nawet te, gdzie chyba jest jakieś święto, bo wszyscy stoją razem, pięknie ubrani i ja w takiej cudnej zielonej sukience, co ją mama robiła na szydełku, choć mam dopiero pewnie z miesiąc…ale nie ma zdjęć z chrztu. Dlaczego jedni są chrzczeni, a inni nie?”


- Są trzy wyjścia – ciągnęła mama, przezwyciężając chrypę. – Idziemy tam i uczymy Martę uczestniczenia w całym nabożeństwie, odpada z góry. Drugie, skrajne - to nie idziemy w ogóle, trzecie pośrednie – idziemy i patrzymy, no, jak na ślubie twojej koleżanki z pracy, nie klękamy, nie śpiewamy, ale uszanujemy to, co ważne dla Twojej siostry. Marta popatrzy i posłucha, przynajmniej dowie się, co to jest. Potem wyjaśnimy jej, że nie była chrzczona, bo my nie czujemy się związani z kościołem, więc nie mogliśmy wprowadzić jej do wspólnoty, do której nie należymy. A imię przecież dostała piękne, przemyślane, zaprosiliśmy rodzinę, obejrzeli sobie oni ją, ona ich, dostała prezenty i tyle. Jest w rodzinie, ma imię, nie jest w kościele. Maciek jest w rodzinie, ma imię i będzie w kościele. Rozumiesz?
- Rozumiem – przytaknął tata nawet z przekonaniem. – Mam zmodyfikowaną wersję wyjścia trzeciego : ty idziesz z Martą na chrzest, ja parzę kawę dla gości w domu Małgosi.
- Stoi. Zapytaj tylko siostry, czy na pewno chce zafundować gościom kilka bezsennych nocy, bo jak ty zrobisz kawę, to trzy dni nie da się spać.- Zaśmiała się mama.

Następnego dnia była sobota i Marta dowiedziała się, że pojadą jednak na chrzest Maciusia. Wysłuchała też tłumaczenia, jak to kuzyn nie tylko zostanie oficjalnie nazwany Maciejem, ale także stanie się stuprocentowym katolikiem.
- I będzie już zawsze chodził do kościoła, tak? – ustalała szczegóły Marta.
- Hm, przynajmniej do jakiegoś czasu – wyjaśniła niezdecydowanie mama, ale to wystarczyło Marcie, aby upewnić ją w jej pomyśle. Pomknęła do pokoju i czas do obiadu spędziła na gruntownym przekopywaniu szafy ze starymi ubraniami.


Po obiedzie, rodzice pokazali jej zdjęcia ze święta, jakie urządzili prawie siedem lat temu, gdy Marta miała miesiąc, żeby powitać ją w rodzinie. Zaprosili najbliższych krewnych, i najlepszych przyjaciół, żeby im ją przedstawić i powiedzieć, że będzie miała na imię Marta. Bo jej mama uwielbia powieść, która w tytule ma to imię. I Marta dostała stos fajnych prezentów (w tym jakiś dziwny talizman od cioci z Afryki i srebrną łyżeczkę od kuzynki z Ameryki) i zrobiono jej całe mnóstwo zdjęć. Jedno z nich właśnie sobie wzięła za zgodą rodziców i czas do kolacji spędziła na wycinaniu i klejeniu.


Kiedy tydzień później stawiła się na chrzcie kuzyna, pod pachą dzierżyła dumnie dwa starannie zapakowane przez siebie prezenty. Ciocia nieco zdziwiła się na widok pierwszego – kozaków Marty, które nosiła, w pierwszą zimę, gdy umiała już chodzić.
- Bo teraz Maciuś będzie ciągle chodził do kościoła, a tam jest zimno – wyjaśniła. Nie wiadomo, dlaczego, mama znów parsknęła śmiechem.
Drugim prezentem było stare zdjęcie Marty we własnoręcznie wyciętej i ozdobionej tekturowej ramce.
- Żeby powitać Maciusia w rodzinie i żeby wiedział, że w ma starszą kuzynkę, która czeka, kiedy będzie mogła się z nim bawić, a zanim do tego dorośnie, to sobie na mnie popatrzy na zdjęciu.

Kawa taty była zdecydowanie za mocna, ale może właśnie dzięki temu wszyscy goście bawili się do późna, bo pomimo różnicy zdań mieli sobie („jak zwykle”, pomyślała Marta) mnóstwo rzeczy do powiedzenia. Gdy następnego dnia przebudziło ją kwilenie Maciusia, zauważyła, że całą noc przespał w jej objęciach i jakoś wcale się nie zmienił, ani od tego chrztu, ani od oficjalnego zostania Maciejem.
Agnieszka Abémonti-Świrniak

Partager cet article
Repost0
Pour être informé des derniers articles, inscrivez vous :
Commenter cet article
S
Really enjoyed reading the story! Now I understood what baptism is and its importance in Christianity! It’s actually a Christian religious rite of sprinkling water on to a person's forehead, signifying purification! Thanks for sharing the post!
Répondre
A
Thank you, it is really nice. :-) Where are your from? Are you polish?
A
za nieuczestniczenie w chrzcie młodszego syna i komunii starszego żona, miałem wrażenie chciała mnie rozszarpać :/ twierdząc, że nie jestem tolerancyjny, a ja nawet nie namawiałem jej by nie słała tam dzieci, tylko powiedziałem, że nie uczestniczę w tym ;( takie życie
Répondre
A
Mnie sie wydaje, ze juz samo przyzwolenie na te uroczystosci jest dowodem tolerancji. Szkoda, ze czasem tak sie dzieje, ze rytulaly i religie dziela ludzi...
M
Bardzo ubawilo mnie chrzeszczenie,a chyba jeszcze bardziej kozaki ;-)W pierwszym widac laicki charakter rodziny,w drugim logiczne,niczym nie skazone dzieciece myslenie.No i wytlumaczone racjonalnie,dlaczego niektorzy dzieci nie chrzcza,badz nie chrzeszcza :-)
Répondre
A
O to chodziło, żeby wytłumaczyć. Dzięki!
J
Wciągnęło mnie bardzo. Pięknie napisana opowieść. Historia z życia wzięta. Ile to razy zastanawiałam się iść czy nie iść, lękać czy nie klękać. Jak zachować własną godność i jednocześnie nie urazić bliskich którzy zaprosili na ważną dla nich uroczystość.
Répondre
A
Dziekuje, Justyno, przyznam, ze choc faktycznie Marta i jej rodzina znajduja sie w rzeczywistosci bardzo typowej dla polskich rodizn swieckich, "nieklekajacych", bylam tego swiadoma, piszac tekst, ale Twoje komplementy mnie zaskoczyly, az tak tego nie widze ! Dzieki za dobre slowo !!! :-)