Overblog Tous les blogs Top blogs Littérature, BD & Poésie
Editer l'article Suivre ce blog Administration + Créer mon blog
MENU

Rodzicielska Biblioteczka Laicka

Publicité

Do czego służy pierwsza komunia? cz. II

Andrea Tufoni

„Mały podręcznik humanizmu ateistycznego”


oryginał włoski dostępny w księgarniach i na internecie, oraz do ściągnięcia za darmo na stronach:
http://www.pmua.it
http://www.anticatechismo.it

Do czego służy pierwsza komunia?

Cz. II „Indoktrynacja”

(uwaga, zrobiło się bardzo poważnie)


Do pierwszej komunii przystępuje się około 8 czy 9 roku życia, a około 15 następuje bierzmowanie. Pozornie jest to jakiś postęp, bo tak jak chrzest jest obrazą wolności noworodka, tak w tym wieku możliwy jest już jakiś osobisty wybór. Teoretycznie. W rzeczywistości jeszcze często dzieje się zupełnie inaczej. Jak już mówiliśmy w latach, które poprzedzają te dwie chwile, czyli właściwie przez cały czas od urodzenia, krok po kroku duszą taką młodą osobę na wolnym ogniu w sosie chrześcijańskich zasad. W kościele, w domu, a nawet i w publicznej szkole, przez 3 lata nauki religii haust o po hauście poją malucha informacjami polegającymi na tym, iż na jego naturalną ciekawość otrzymuje w odpowiedzi cytaty z biblii.

Dlatego, czy możliwy jest realnie jakikolwiek wybór? Jeśli nie stymuluje się dziecięcej zdolności do krytycznego myślenia, zastępując ją obowiązkiem oddania się wierze (według historii i logiki, spreparowanych na jej usługi); jeśli hoduje się w dziecku (mniej lub bardziej otwarcie) poczucie niższości wobec Boga i autorytetów; jeśli nie daje mu się możliwości poznania i porównania różnych opinii, bez obowiązku wyboru jednej z nich; jeśli każde doświadczenie szufladkowane jest w religijnej doktrynie, zanim dziecko zdąży ocenić ją według własnej wrażliwości etycznej… to czy będzie to jego autentyczny wybór?


Ludzie religijnie odpowiadają, że tak, (gdyż wierzą w wolny wybór) i że ich edukacja do niczego ich nie zmusza (jeszcze tego by brakowało!). Zdarza się, że rzeczywiście tak jest i tym lepiej. Mimo to często zadaję sobie pytanie – do jakiego stopnia wybór ten jest naprawdę osobisty? Łatwo ulec złudzeniu, gdyż indoktrynacja wślizguje się w codzienne momenty i sytuacje życiowe i nie zawsze da się ją dostrzec, zidentyfikować. Poza tym, kto z nas nie idealizuje dziś swojego dzieciństwa i lat szkolnych, właśnie tych, które nie były wcale idealne?


Ponieważ dzieje się w ten sposób w przypadku stosunków, opartych na władzy i zależności (a z bogiem chrześcijańskim tak już jest w samym założeniu), łatwo pojąć, dlaczego zaczyna się od najmłodszych lat. Maluchy są podatne, ufne, ciekawe, niedoświadczone i wrażliwe. Więc, gdy raz zasieje się w ich serduszku ziarno, szybko się tam ono rozwinie, a znacznie trudniej będzie wyrwać chwast. I nie dlatego, że ten czy inny bóg naprawdę istnieje, ale dlatego, że religijna idea staje się zalążkiem wartości, schematów myślowych, przyzwyczajeń i obowiązków, które zakorzeniają się w nas na poziomie emocjonalnym.

Trudno, zatem by się było ich nagle pozbyć, nawet gdyby poddać nas nagłemu energicznemu praniu mózgu, po którym uznalibyśmy je za błędne… Większości umysłów ciężko jest choćby zdać sobie z tego sprawę, po długich latach „niegroźnego” powtarzającego się wciąż, fasonowania „dla naszego dobra”. Przekonani o ich słuszności od dziecka, jakże moglibyśmy się z tego sposobu myślenia wyzwolić? Bez odczuwania wątpliwości i lęku, i bez wrażenia obłędu…


Uwaga, nie neguję bynajmniej prawa rodziców do nauczania tego, w co sami wierzą, tego by tylko brakowało! Problem w tym, iż nie da się nie wpływać na umysł dziecka. I o ile przekazywanie swoich przekonań jest normalne, o tyle indoktrynacja jest popularyzowaniem jednej sprawy, z pominięciem wszystkich innych. To jak jednotematyczna lekcja.
Do tego nieustanny obowiązek moralny poddania się ścisłemu nadzorowi. Zanim jeszcze maluch zacznie cokolwiek rozróżniać. Bez rozwijania w nim autentycznej zdolności wyboru. Za to ze zniechęcaniem do niezależnego myślenia i odczuwania wszystko to za pomocą wiary, w którą należy po prostu wierzyć. Indoktrynacja! Mam nadzieję, że się w tym punkcie ze mną zgodzicie – takie postępowanie byłoby nieuczciwe, bolesne, wręcz zabójcze dla przyszłości młodego pokolenia. Chcielibyśmy, aby ktoś nam to zrobił?


Czy się to komuś podoba, czy nie, wychowanie w wierze – tej religijnej, ale także tej politycznej itd. – jest ryzykiem trwania w systemie, którego punktem honoru, wręcz, jest zapobiegać przemyśleniom, wolności wyboru i uczciwej informacji.

Tłumaczyła Agnieszka Abémonti-Świrniak
PS. (podtytuł „Indoktrynacja” pochodzi od tłumaczki)
Cdn…

Publicité
Partager cet article
Repost0
Pour être informé des derniers articles, inscrivez vous :
Commenter cet article
M
To jest jakby było o mnie!!!<br /> Zostałam wychowana w wierze katolickiej i przeszłam wszystkie przepisowe sakramenty na małżeństwie kończąc. Nie docierają do mnie prawdy wiary. Wolę szukać moralności w swoim własnym sumieniu i uczciwości niż w kościele. Problem polega na tym, że choć w Boga nie wierzę, to ciężko mi się od niego uwolnić. Pomimo prób logicznego myślenia i tłumaczenia świata w sposób racjonalny ochrzciłam dzieci z powodu strachu. Od najmłodszych lat uczestniczyłam w lekcjach religii, chodziłam z dziećmi do kościoła. Teraz mam problem na poziomie emocjonalnym od którego nie potrafię się uwolnić. Nie chcę posyłać dzieci na religię w szkole, ani do komunii, bo nie chcę im zrobić tego samego co przydarzyło się mnie. Problem w tym, że mój mąż jest wierzący - choć także myśli logicznie i zaakceptowałby fakt nieuczęszczania na religię naszych dzieci. Wierząca jest także rodzina i można udawać, że babcie, ciocie i kuzyni nie mają wpływu na nasze życie - tylko po co. Nie wiem jak to zrobić, żeby odczekać z tą religią do momentu, gdy dziecko samo będzie w stanie osądzić i przeanalizować słyszane tam treści. Jeśli później będzie chciało na religię chodzić, nie będę mu tego bronić. Tylko jak zastąpić córce białą sukienkę, kwiatki i wianek oraz komunijne prezenty, którymi cała szkolna grupa będzie żyła przez większość czasu (i nie mówcie, że dzieci w tym wieku przeżywają komunię w duchowy sposób). Nie chcę, żeby poczuła się wykluczona, ale nie chcę też by była indoktrynowana. Jak wytłumaczyć jej, że kuzynka miała sukienkę jak księżniczka i rodzina przyjechała do niej z prezentami a do mojej córki nie?! I jak tu mówić o wolności wyboru? Czym można zrekompensować jej udział w atrakcyjnym dla dziecka obrządku, aby nie poczuła się gorsza? Mam wrażenie, że gdyby religia nie odbywała się w szkołach, takie problemy byłyby mniejsze, bo katolickie obrządki nie wpisywałyby się w codzienność szkolną. Łatwiej być ateistą w laickim domu niż w katolickiej rodzinie i środowisku być racjonalistą.
Répondre
A
To bardzo madry komentarz, Pani Moniko! Mysle, ze rozwiazanie &quot;Mam wrażenie, że gdyby religia nie odbywała się w szkołach, takie problemy byłyby mniejsze, bo katolickie obrządki nie wpisywałyby się w codzienność szkolną.&quot; jest idealne i trzeba by sie o nie w Polsce bic. Inna rzecz, to nasza plochosc - zastaw sie, a postaw sie itd. O tym, jak dzieciom zrekompensowac bede jeszcze pisala, bez watpienia. Sadze, osobiscie, ze jest to dlugoletni proces przyzwyczajania ich od poczatku do nieuczestniczenia w katolickich obrzadkach koscielnych, tlumaczenia racjonalistycznego(choc, jak Pani pisze, to trudne!) swiat (ktore przeciez mozna sobie spokojnie swietowac, patrz cz. III tego tekstu), tak, zeby tych pare lat przed komunia, uswiadomilo dzieciom, ze komunia ich po prostu... nie dotyczy. To jest caly proces. I wiem, jak trudno walczyc z rodzina...<br /> Trzymam kciuki !