Rodzicielska Biblioteczka Laicka
11 Décembre 2013
Przyznam Wam się do czegoś. Nigdy nie miałam przekonania do kolęd. Pomijam fakt, że, jako dziecko, musiałam co roku powtarzać kolędy na pianinie i popisywać się przed rodziną (dlatego moja córka z własnej i nieprzymuszonej woli nauczyła się „Przybieżeli do Betlejem” i na tym jej repertuar się tego roku zakończy. Trudno.). Ja po prostu nie mogłam strawić tekstów wielu kolęd i nastroju, który wywoływały. Pamiętam, że od najmłodszych lat, miałam wrażenie, że są smutne i pytałam rodziców, dlaczego mamy się smucić, skoro Jezusek się urodził i tyle dobrego później z tego wynikło. No, ja rozumiem, że się narodził może i faktycznie „w stajni, ubóstwie i chłodzie”, ale jako dziecku, brakowało mi wesołej strony tych narodzin. Bo dlaczego „moc truchleje”, skoro „Bóg się rodzi”, po co mówić już teraz, że „wzgardzony” dopiero za 33 lata? Każdy maluch, a i dorosły wolałby, bo ja wiem? może Marię, karmiącą piersią z uśmiechem na ustach, może Józefa, noszącego syna na rękach, pyzatą, różową buźkę i fikające nóżki, jak z historyjek dla dzieci? To było dla mnie wręcz trochę tak, jakby nikt, nawet rodzice nie cieszyli się z jego narodzin.
Rodzaje smutku, jakie widziałam były dwa:
„Jezus malusieńki leży nagusieńki,
Płacze z zimna nie dała mu matula sukienki.”
„Jezus malusieńki” szczególnie doprowadzał mnie w dzieciństwie do szału, bo uwielbiałam jego melodię a przy jej słowach co roku dosłownie zalewałam się łzami. Całkiem, jak Jezusek zresztą:
„Zamknijże znużone płaczem powieczki,
Utulże zemdlone łkaniem usteczki.
Lulajże, Jezuniu...”
Ludzie! O co tu chodzi? Jak tu dziecko lat 7, na ten przykład, ma się cieszyć narodzinami Jezuska? Pamiętam głównie opowieści o biedzie, zimnie i to, że:
„Nie było miejsca dla Ciebie
w Betlejem w żadnej gospodzie
i narodziłeś się, Jezu,
w stajni, w ubóstwie i chłodzie.”
Zatrzymam się tutaj, bo zaraz szlag mnie trafi po raz trzydziesty (tak licząc od wieku, kiedy zaczęłam coś rozumieć).
Przykład :
„Nie było miejsca, choć zszedłeś
jako Zbawiciel na ziemię,
by wyrwać z czarta niewoli
nieszczęsne Adama plemię.
Nie było miejsca, choć chciałeś
ludzkość przytulić do łona
i podać z krzyża grzesznikom
zbawcze, skrwawione ramiona.”
A kysz mi z tym krzyżem (widziałam kiedys w Polsce... uwaga... krzyż na choince!!!), mały Jezusek dopiero się rodzi, ma przed sobą 33 sympatyczne lata, w ciągu których, choć nie za bardzo wiemy, co porabiał, niewątpliwie wygłosił sporo jak najbardziej trzymających się kupy nauk i uczynił kilka niewątpliwie godnych zapamiętania gestów. Może o tym mogłyby mówić kolędy? Czemu nie? No czemu, do licha, pytam?!
„Cóż masz, niebo, nad ziemiany?
Bóg porzucił szczęście twoje
Wszedł między lud ukochany
Dzieląc z nim trudy i znoje
Niemało cierpiał, niemało
Żeśmy byli winni sami”
No i wytłumaczcie tu dziecku, czemu ono jest winne? Nawet w wesołej, ogólnie biorąc kolędzie „Dzisiaj w Betlejem” musi znaleźć się to krzyżowe wtrącenie:
„Chociaż w stajence, chociaż w stajence
Panna Syna rodzi
Przecież on wkrótce, przecież on wkrótce
Ludzi oswobodzi”
Mój bardzo muzykalny, jednak obcojęzyczny małżonek kolędy uwielbia. Nie da się ukryć, że muzyka folklorystyczna ma swój urok, a zaśpiewane czasem w sposób nowatorski (nie do pobicia muzykalnie, więc w miarę do przyjęcia jest dla mnie Anna Maria Jopek i jej „Dzisiaj z Betleyem”) ujmą serce każdego melomana. Dziś rano jednak stanowczym ruchem wyłączyłam mu płytę z kolędami, mówiąc, rozdrażnionym głosem: „Kochanie, masz szczęście, że nie wiele z tego rozumiesz, bo byś tego słuchać nie mógł.” Tu nastąpił wykład o katolickiej indoktrynacji od najmłodszych lat, przyjęty przez ślubnego ze zrozumieniem, acz z pewnym rozbawieniem laickiego do szpiku kości Francuza, którego takie tematy nie dotyczą od dziesięcioleci. Ale ja jestem Polką, wiem, o czym mówię, rozdrażnienie zaprowadziło mnie przed półkę, z której zdjęłam Marylę Rodowicz. Jako remedium. Dosłownie.
Albowiem trzeci powód mojej niechęci do kolęd wylazł już w życiu dorosłym, matczynym wręcz.
Mnóstwo jest, zwłaszcza współczesnych bożonarodzeniowych utworów, które nam – ludziom „dokładają”. Nawet w „Pastorałce Marzeniu” zespołu Pod Budą ziemia jest osowiała i pastorałka ma przynieść jej spokój. Bo „betlejemskiej gwiazdy ślad zgubił nagle świat”, jak śpiewa Krzysztof Krawczyk, a gwiazda świeci „dla ludzi, co szukają swoich dróg”. Najbardziej wkurzył mnie tekst Ernesta Brylla „Kolęda o gwieździe”. „Słabi jesteśmy, mali, nie ujdziemy wiele, ale tyś, ale tyś, nasze światło i nasze wesele”. Dalej: „chociaż my ustaniemy, to ty nie spoczywaj” „bądź nam wierniejsza niż matka”. Jednym słowem, człowiek jest maluczki i kompletnie nieporadny, nawet z matką!, ale bez gwiazdy, czyli Boga. Nie, naprawdę nie tak chciałabym ja i zapewne wielu Polaków, także katolików, wychować moje potomstwo. Całe pokolenia, w tym i moje, zostały już wychowane w tym duchu (zwanym na zachodzie judeo-chrześcijańskim), perfekcjonizmu, niepewności własnej wartości, niedowierzania sobie(nawiasem mówiąc, niezbyt to praktyczne w dzisiejszym drapieżnym świecie kapitalizmu, religijnie biorąc oddawania się w opiekę sile wyższej, bo nasza ludzka natura jest za słaba, żebyśmy sobie sami poradzili.
Otóż nie, drodzy twórcy, śpiewacy i wielbiciele kolęd. Człowiek nie jest tylko popiołem, choć faktycznie w popiół czy coś podobnego się obróci, nie zaś do nieba za gwiazdą po śmierci podąży. I w życiu doczesnym, jedynym, jakie natura raczyła nam dać w prezencie (nie koniecznie bożonarodzeniowym), dla własnego komfortu, a wręcz zdrowia psychicznego lepiej trzymać się własnego człowieczeństwa, bo ono przynajmniej jest pewne. Jak w tej piosence Rodowicz, gdzie nie ma gonitwy za niedoścignioną gwiazdą betlejemską, bo to właśnie w ludziach „pali się (…) dalekich gwiazd nieziemski blask”. Nauczmy siebie i następne pokolenia wierzyć we własne siły, łatwiej i pewniej staną wtedy na nogach i może będą w stanie radośnie „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle” (w katolicyzmie nie zarezerwowano zbyt wiele miejsca na spontaniczność, to wyreżyserowany do najmniejszej świeczki teatr). Wszak „życie kochanie trwa tyle, co taniec”, „sucha kostucha, ta miss wykidajło wyłączy nam prąd w środku dnia”. Zatem: „nie daj mi boże, broń boże skosztować tak zwanej życiowej mądrości”! A zwłaszcza smutku. Czerpmy z życia, z Bożego Narodzenia i z kolęd tylko te przyjemne chwile i zwrotki. A w razie potrzeby ściągnijmy z półki i przekażmy dzieciom (czasem trzeba będzie coś im wytłumaczyć, ale wszak tylko religia każe przyjmować na wiarę!) tę część polskiej sztuki, która zachwyca się człowiekiem i jego naturą, nie brak jej, wszak, że zacytuję tylko moich ulubionych Osiecką (Rodowicz) i Tuwima.
I WESOŁYCH świąt!