Rodzicielska Biblioteczka Laicka
30 Août 2013
Do czytania w ten ostatni weekend wakacji oraz (może jeszcze bardziej) w nowym roku szkolnym, bo opowiastka jak najbardziej szkolna. Do czytania dzieciom, ale także (może jeszcze bardziej bis) rodzicom.
Z dedykacją dla wszystkich polskich Rodziców, borykających się z wyborem „posłać czy nie posłać na religię” oraz przechodzących katusze nacisków i tłumaczeń, dlaczego nie.
Z dedykacją dla wszystkich polskich Dzieci, stykających się z nieprzyjemnościami ze strony szkoły i rówieśników z powodu niechodzenia na religię.
Do poczytania i do ściągnięcia, jak zawsze :-) Miłej lektury. A może podrzucicie kolegom i koleżankom w szkole?
Marta i lekcja religii
Mama wdrapała się na drugie piętro, zdjęła rękawiczki i spojrzała na zegarek. Przyszła na czas. Hałas szkolnego urządzenia, zwanego dzwonkiem, które, jak mawia babcia, „umarłego by obudził”, zwiastować miał wybiegnięcie Marty z lekcji angielskiego.
Nic się jednak nie wydarzyło. Cisza. Cisza przedłużająca się podejrzanie. Nikt nie wyszedł na pusty korytarz. O tej godzinie faktycznie nie ma już wielu zajęć, ale… Mama przystawiła ucho do drzwi - w sali nie ma nikogo! Już miała zbiec po schodach, gdy znalazła się u ich szczytu nos w nos z panią dyrektor szkoły.
- Proszę się nie martwić – powiedziała do mamy – pani od angielskiego się rozchorowała. Inne dzieci są na świetlicy, Marta z resztą swojej klasy została wysłana na lekcję religii.
Po tych słowach znów zalega cisza. Jeszcze gorsza niż po dzwonku. Widząc minę mamy, pani dyrektor milknie. Zanim jednak zdążyły podjąć rozmowę, po schodach wbiegła Marta, padając w objęcia mamy. Pani dyrektor, uznawszy sprawę za zakończoną, już, już miała postawić stopę w błyszczącym kozaku na pierwszym schodku, gdy…
- Chyba musimy sobie coś wyjaśnić – mówi zimno mama.
- Taaak? Słucham… - niepewnie odpowiada szefowa szkoły.
- Ojciec Marty i ja wyraźnie powiedzieliśmy, że nasze dziecko nie będzie uczęszczało na lekcje religii. Nie podoba mi się, że już po raz trzeci się na niej znalazła.
- To dlatego, że nie było angielskiego, a jej klasa, jeszcze była obecna w szkole.
- Inne dzieci wysłała pani na świetlicę, Marta mogła do nich dołączyć.
Marta nadstawia uszu. Wygląda na to, że mama pokłóci się zaraz z panią dyrektor! Jej głos jest twardy jak kamień i tnie jak najostrzejszy nóż w kuchni.
- Nic się nie stało – bąknęła niepewnie dyrektor – w końcu to taka sama lekcja, jak każda inna.
- Nie, nie taka sama. – Oczy mamy robią się nagle większe i granatowe. Marta widzi, że nie ma żartów. – Różnica polega na tym, że inne lekcje są przedmiotami, przedstawiającymi dzieciom naukowo sprawdzone prawdy. Religia nie jest naukowo sprawdzoną prawdą. Religia to osobiste przekonanie niektórych ludzi, którego nie można nikomu narzucać.
Marta coraz bardziej podziwia mamę. Mówi krótko i zwięźle. Na temat. Jest stanowcza. Tak samo stanowcza, jak wtedy, gdy zabrania Marcie wchodzenia na taboret przy oknie.
- Wprowadza jednak do życia człowieka pewne uniwersalne wartości! – Ton pani dyrektor też staje się nagle nieustępliwy, a jej usta zaciskają się.
- Gdyby te wartości były uniwersalne, nie istniałoby tyle różnych religii na tym świecie. – Odpowiada mama rzeczowo. Jej głos nawet nie drży. Bierze Martę za rękę i mówi dalej. – Moja rodzina i ja jesteśmy ateistami i mamy inną wizję pewnych podstawowych spraw i wartości. Na przykład powstanie świata i człowieka, zachodzenie w ciążę, tak zwane „grzechy”, itd. Dlatego nie życzymy sobie, aby, choćby przez przypadek, nasza córka znalazła się na zajęciach, wmawiających jej coś, co uważamy za błędne.
Marta jest teraz pełna uwielbienia dla Mamy. Nie boi się mówić, co myśli! „Jak będę duża, też nie dam się nikomu zagadać!” – postanawia w myślach i od razu groźnie marszczy brwi i prostuje się dumnie.
- Że nie wspomnę o stawianiu ocen z religijności – stanowczo dorzuca mama. – Chciałaby pani dostawać jedynki za niechodzenie do meczetu, skoro jest pani katoliczką? Właśnie dlatego, Marta nie będzie nigdy chodziła na religię.
- Zakończmy już tę rozmowę – stwierdza, w obliczu braku argumentów rozmówczyni. – Mam tylko nadzieję, że prawo mojego dziecka do nieuczestniczenia w fakultatywnych zajęciach, które jej nie dotyczą, będzie respektowane. Do widzenia.
Mama z Martą schodzą po schodach. Zupełnie spokojnie, choć po uścisku dłoni Marta czuje, że mama jest rozdrażniona, może nawet zdenerwowana.
- To znaczy, że już mnie nie wyślą na tę religię? - upewnia się Marta.
- Mam nadzieję – mruczy mama.
- Bo oni nie są fajni, wiesz… Ci z mojej klasy… Powiedzieli o mnie, że jestem chora, czy coś takiego… bo nie chodzę na religię.
- Chora?! – mama aż przystaje z oburzenia.
- Chora… tyczka, czy jakoś tak… - Marta bliska jest płaczu. – Tak mają ci, co nie wierzą w boga…
- Ach, he-re-ty-czka – podpowiada mama. – Bardzo mi przykro, kochanie, że tak Cię nazwali. To niekulturalne z ich strony i musiałaś czuć się okropnie! – Zatrzymują się na placu zabaw przed szkołą. - To niemiłe słowo i na dodatek błędnie użyte. „Heretykiem” nazywają ludzie pogardliwie osobę, wyznającą inną niż oni wiarę. My nie jesteśmy wyznawcami żadnej wiary. To się nazywa „być niewierzącym” lub „ateistą”.
- I dlatego nie chodzę na religię?
- Dokladnie. Na religii uczy się wiary w boga i postępowania, opisanego w religijnych księgach. My ateiści nie wierzymy z boga. I nie potrzebujemy „świętych” ksiąg, żeby wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Wystarczy nam do tego nasza ludzka wrażliwość.
- No właśnie, wiem przecież, że trzeba pomagać rodzicom, szanować dzieci tak samo jak dorosłych, ustępować miejsca starszym – odgina Marta zmarznięte palce, wyliczając – dbać o swoje ciało i umysł, dużo czytać i jeździć na rowerze… No, może na sankach teraz – dorzuca, po sekundzie namysłu.
- Coś mi to przypomina – drapie się mama po czapce, pytająco patrząc na córeczkę.
- No a co? Mój zeszyt do etyki! – odpowiada Marta tonem pełnym oczywistości. – No dobra mów dalej, żebym wiedziała, co powiedzieć Hani, jak znów się przyczepi, że nie chodzę na religię.
- My ateiści nie potrzebujemy „świętych” ksiąg, ani mitów, bo wierzymy w naukowe wyjaśnienia przyrody. Czy myślisz, że na chmurce siedzi brodaty staruszek i zsypuje na Ciebie te wszystkie płatki śniegu? – śmieje się mama, patrząc na wirującą radośnie w kurzawie śniegu córeczkę.
- Nie, chyba musiałby mieć miliony rąk, żeby tyle płatków zrzucić – odpowiada Marta, próbując złowić śnieg na język.
- Wiesz, trzeba być bardzo dzielnym, żeby być ateistą – ciągnie mama poważnie. – O ileż łatwiej jest wytłumaczyć skomplikowaną przyrodę i ludzkie smutki wolą jakiegoś boga, niż użyć swojego mózgu. Że niby to on stworzył Ziemię, człowieka i zwierzęta.
- Chyba by bu to drochę czaszu żajęło – mruczy Marta, połykając śnieg – widżałasz ile ptaków tu lata ?
- Myślisz bardzo logicznie – mówi mama zadzierając głowę, żeby popatrzeć na wrony. - Wierzący wolą też powiedzieć, że zdarzyło się coś złego, bo tak chciał bóg. To im ułatwia sprawę, bo bardzo trudno jest czuć się odpowiedzialnym za swoje postępowanie, za wypadek samochodowy, za złe oceny w szkole. Wyobrażasz sobie, że bóg chciałby, żebyś miała złe oceny?
- Czy ty mnie słuchasz ? – przerywa mama w braku odpowiedzi. Jedno spojrzenie na Martę, która straciła równowagę i leży jak długa na śniegu i mama uśmiecha się czule.
- Tak jest – odpowiada Marta, rozcierając to i owo w tylnej stronie ciała. – Trzeba być dzielnym ateistą, żeby wiedzieć, że bóg nie posypuje mnie śniegiem i żeby czuć się odpowiedzialnym za upadek na pupę, jak się za dużo kręciło.
- Taaak – mama kiwa głową z uśmiechem – można by to tak skrótowo ująć.
Agnieszka Abémonti-Świrniak
A.Abémonti-Swirniak "Marta i lekcja religii"